
• MAŁGORZATA WNOROWSKA:
Zaprosiłam Pana do rozmowy, bo trzeba przyznać, że inwestowanie dziś w tartaki wymaga dużej odwagi. Pan – jako właściciel firmy meblarskiej Lano – rok temu przejął udziały w tartaku Beata, a w lipcu tego roku w Tartaku Tyble. Romantyzm czy pozytywizm?
• ŁUKASZ SIWIK:
Myślę, że jedno i drugie. Romantyzm, bo żeby działać w tej branży, trzeba mieć do drewna serce i nie zawsze jest to miłość wypełniona samym szczęściem. Ale jest w moim działaniu też pozytywizm, bo uważam, że trzeba korzystać z dobrych okazji, jakie pojawiają się na rynku, a takim jest czas wymiany pokoleniowej. Kiedy powstało Lano, Tartak Beata był najstarszym działającym wówczas tartakiem w powiecie kępińskim, prowadzonym od trzydziestu lat przez państwa Szymańskich. A dziś jest to właściwie jeden z trzech, które w ogóle produkują tarcicę w naszym kępińskim zagłębiu meblowym. Dziewięćdziesiąt procent zamówień Tartaku Beata jest realizowane dla naszego zakładu produkcji mebli Lano. Kiedy dotychczasowi właściciele postanowili odpocząć na emeryturze, zaproponowali mi przejęcie tartaku. Tak trafił pod mój zarząd Tartak Beata, a teraz Tartak Tyble.
Wiele takich tartaków boryka się z problemem sukcesji. Właściciele dawno osiągnęli wiek emerytalny, ale brakuje chętnych do prowadzenia dalej biznesu. To nie jest modna branża dla młodych ludzi…
Patrząc na średni wiek w przemyśle drzewnym, pewnie jestem w grupie młodych menedżerów. Ale z biznesem drzewnym jestem związany już blisko dwadzieścia lat. Zaczynałem jako nastolatek, sprzedając łóżeczka dziecięce na Allegro. Dziś nadal te dwie ścieżki – choć już w innej skali – są podstawą mojej działalności: branża meblowa i e-commerce. Może dlatego nie patrzę na obróbkę drewna jak na przestarzałe rzemiosło, ale widzę w niej potencjał i globalne możliwości.
Cały artykuł przeczytasz w „Przemysł Drzewny” nr 3/2026
